Czy bunt dwulatka faktycznie istnieje? Czy to po prostu ważny etap w rozwoju, podczas którego trzeba uzbroić się w cierpliwość i wspierać rosnącą samodzielność i niezależność malucha? A także pogodzić się z tym, że nasze dziecko to odrębna istota z własnym zdaniem? Jak odpowiednio reagować na dziecięce „nie”?

Kilkunastomiesięczne dziecko to mały człowiek, który próbuje zaznaczyć swoją odrębność, mierzy się z otaczającą go rzeczywistością, nie do końca rozumie komunikaty rodziców i próbuje forsować swoje zdanie. Jego mózg bardzo intensywnie się rozwija, dociera do niego mnóstwo bodźców, kotłuje się w nim od emocji…

Czym jest bunt dwulatka?

Bunt” to tak naprawdę normalny etap rozwojowy, a w zasadzie jego początek, bo im starsze dziecko, a zwłaszcza nastoletnie, to tym większa potrzeba niezależności. Dlatego coraz częściej dziś odchodzi się od wprowadzającego w błąd określenia „bunt dwulatka”, bo dziecko nie buntuje się ot tak sobie, chcąc zrobić na złość rodzicom. Ono uczy się samodzielności, wyraża sprzeciw zgodnie ze swoimi uczuciami i potrzebami, uwalnia napięcia. 

Objawy buntu dwulatka

Dziecko w tej fazie, w okolicy drugiego roku życia, faktycznie sporo się złości, łatwo irytuje, bo wciąż próbuje nowych rzeczy, nie wszystko mu wychodzi, a przy okazji jeszcze nie potrafi opanować emocji. W dodatku słyszy często zakazy i nakazy, które mu nie odpowiadają, czego nie umie wytłumaczyć, łatwiej mu pokazać poprzez jakieś zachowanie, które dla dorosłych bywa trudne do zaakceptowania. Jednak zadaniem rodziców jest pomóc dziecku poradzić sobie z buzującymi uczuciami, by mogło w bezpieczny sposób je wyrazić – nie powinno się tłumić odczuć dziecka, odmawiać mu prawa do płaczu czy złości. Pamiętajmy, że nasze nerwowe reakcje, krzyk, agresja jedynie potęgują zdenerwowanie dziecka i uczą je negatywnych wzorców. W takim emocjonalnym momencie maluch potrzebuje opanowanego opiekuna, który będzie blisko, okaże zrozumienie i miłość, otworzy ramiona, w których będzie można się wypłakać. Etap, o którym mówimy, charakteryzuje się nie tylko emocjonalnymi reakcjami czy uczeniem się przez dziecko odmawiania, stawiania własnych granic. To przede wszystkim czas, kiedy ono z jednej strony wciąż bardzo mocno przywiązane jest do rodziców, potrzebuje ich bezgranicznego ciepła a z drugiej strony dostrzega swoją odrębność, samodzielność. Chce samo decydować o stroju do przedszkola czy sposobie wiązania butów. Często oczywiście wydłużając czas wyjścia z domu, a kiedy je pospieszamy czy chcemy wyręczyć, reaguje gwałtownie. Nie zawsze się da, ale generalnie dobrze byłoby wziąć pod uwagę proces uczenia się dziecka i zarezerwować na to czas, żeby nie odbierać mu sprawczości.

Jak sobie radzić z dwulatkiem

Podstawą wydaje się zrozumienie, co się dzieje z dzieckiem i próba nawiązania z nim relacji, praca nad odpowiednią komunikacją (proste i zwięzłe komunikaty) oraz pomaganie maluchowi w procesie, przez który przechodzi a nie próby utemperowania go, by był grzeczny, co może być zbyt abstrakcyjnym pojęciem. Do maluchów warto zwracać się z dość konkretnymi poleceniami i najlepiej pozytywnymi. Nie zakazujmy dalszej zabawy, bo już czas na mycie czy spanie, lecz zaproponujmy alternatywę – pluskanie się w wannie, układanie misia do snu. Ważne, by przy okazji zachęcić dziecko do współdziałania i umożliwić kontynuację zabawy. Istotne też, by wcześniej dawać znać, że czas na zabawę mija, że za chwilę czekają na dziecko kolejne przygody, co pozwoli mu oswoić się z sytuacją. Dobrze też uzasadniać swoje prośby – dlaczego coś trzeba zrobić, a czegoś z kolei nie wolno – jak i mówić o swoich potrzebach i emocjach oraz dać przestrzeń na nie maluchowi. Pozwólmy mu również podejmować decyzje, ale dawajmy zawężony wybór typu białe czy czarne a nie cała paleta barw. Chwalmy za decyzyjność i wspierajmy samodzielność.

Nawiązując jeszcze do dziecięcej frustracji czy złości – można podpytać dziecko, co czuje w kryzysowym momencie, pozwolić mu to narysować czy podrzeć kartkę – by mogło się oczyścić. Kiedy dziecko „buntuje się”, to pamiętajmy, że bywa to jakiś ostateczny sposób na zwrócenie na siebie uwagi, zakomunikowanie, że coś jest nie tak, że jakaś potrzeba nie jest zaspokojona. Że dziecko nie wie, nie rozumie, nie potrafi czegoś. Czasami nie umie określić, o co dokładnie mu chodzi, ale obserwując je, można wyłapać, że złości się przy ubieraniu, bo coś jest na nie za ciasne, nieprzyjazne jego skórze. Za emocjami dziecka zawsze kryje się jakiś powód, dziecko nie jest po prostu niegrzeczne i dokuczające. Tu pojawia się kolejna ważna rzecz – nie mówmy dzieciom, że są nieznośne, złe, niegrzeczne. Mówmy konkretnie, co i dlaczego nie podoba nam się w ich zachowaniu, próbujmy zrozumieć, co za tym zachowaniem stoi. Może to walka z ciągłymi zakazami, błaganie o wysłuchanie nienazwanych potrzeb czy nierealizowanych, co negatywnie wpływa na rozwój. Kiedy dzieci nie muszą poświęcać energii na walkę o swoje potrzeby, są z reguły spokojniejsze. Zwykle ma to miejsce, kiedy maluchy i dorośli są ze sobą blisko i dobrze skomunikowani. Ale i wtedy, kiedy dzieciaki mają miejsce na eksperymenty, swoje małe sukcesy i porażki. Niestety często nie potrafimy choć trochę odpuścić kontroli – bo wydaje nam się, że tak będzie prościej, szybciej, bo uważamy, że wiemy lepiej, bo chcemy wyręczyć czy boimy się, że dziecko zrobi sobie krzywdę. Powodów jest mnóstwo, ale to nasza perspektywa, która nie zakłada perspektywy małego człowieka – ciekawego świata, coraz bardziej samodzielnego, ale i frustrującego się swoją niezdarnością, ciągłymi zakazami, władzą rodziców nad nim, tym, że zawsze są jakieś ważniejsze sprawy niż przyjemna zabawa.

Jak osiągnąć komunikacyjny sukces

Relację z dziećmi budujemy od początku ich pojawienia się w naszym życiu. Okres nazywany „buntem dwulatka” to newralgiczny moment, kiedy z maluchem można się coraz lepiej komunikować, choć on tej komunikacji wciąż się uczy i często mówi „nie”. Choć potrzeba do tego wiele cierpliwości i empatii, to pamiętajmy, że już na tym etapie wypada podchodzić z szacunkiem do dziecka, do jego emocji i potrzeb, to jest ten kluczowy moment, kiedy zaczynają się kształtować świadome wspólne stosunki. Jeśli wyjdziemy z roli tych, co zawsze chcą mieć rację, a postawimy na współpracę z małym człowiekiem, na relację, postawimy to ponad wyimaginowany wzorzec grzecznego, posłusznego dziecka, to mamy szansę na sukces. Sukces, którym jest wychowanie samodzielnego człowieka, który umie zadbać o siebie, o swoje potrzeby, granice, potrafi radzić sobie z emocjami, jak i słuchać innych. Jeśli na czas intensywnego mówienia „nie” i buzujących emocji spojrzymy w taki sposób i zechcemy wspierać pociechę w poznawaniu siebie i otaczającego świata, to o żadnym buncie nie będzie mowy. Bo bunt dwulatka nie istnieje tak długo, jak w niego nie wierzymy.