O pasji i działaniu w terenie oraz organizacji zespołów ratownictwa medycznego rozmawiamy z dr. n. med. Michałem Florczakiem.

Medycyna ratunkowa to coś, w czym Pan się specjalizuje. Jak wygląda praca interwencyjna? Dlaczego chciał Pan pracować w tym zawodzie?

Dr n. med. Michał Florczak: Podczas szkolenia specjalizacyjnego z chorób wewnętrznych zapisałem się na kursy w zakresie medycyny ratunkowej. W ten sposób zdobyłem certyfikaty Europejskiej Rady Resuscytacji oraz Amerykańskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Były to początki mojej kariery w medycynie ratunkowej. Potem bardzo szybko zacząłem pracować w jednostkach systemu Państwowego Ratownictwa Medycznego, tzw. karetkach specjalistycznych „S”. Dzięki temu zdobyłem wiedzę, która pozwoliła mi pomagać pacjentom w stanach bezpośredniego zagrożenia zdrowia i życia. Połączenie pracy w poradni oraz pracy interwencyjnej w nagłych przypadkach (SOR, karetka), pozwala mi pracować w różnych warunkach – zarówno planowo, jak i pod presją.

Słychać, że praca w karetce bardzo Pana emocjonuje. Dlaczego tak się dzieje?

W tej pracy szybko możemy osiągnąć spektakularny sukces. Z kolei w chorobach wewnętrznych na efekt często trzeba dość długo czekać. Prowadzimy terapię w dłuższej perspektywie czasu. Na przykład u pacjenta z nadciśnieniem tętniczym efekty naszej pracy oceniamy w perspektywie kilkumiesięcznej, a nawet kilkuletniej. Z kolei gdy mamy osobę w nagłym stanie, to efekt często widzę od razu, np. u pacjenta z zaburzeniami rytmu serca pod postacią częstoskurczu prowadzącego do wstrząsu po wykonaniu kardiowersji elektrycznej dolegliwości te szybko ustępują. W tym przypadku wyładowaniem elektrycznym defibrylatora przerywam tachyarytmię. Bardzo przyjemne jest to, że szybko widzę efekt mojej pracy.

Pozwolę sobie podać kolejny przykład. Udajemy się karetką do kierowcy autobusu, który stracił przytomność. Pasażerowie rozpoczęli resuscytację. Gdy dojechaliśmy, przejęliśmy pacjenta i rozpoczęliśmy automatyczny masaż serca, wykonaliśmy intubację dotchawiczą, przeprowadziliśmy pełną resuscytację krążeniowo-oddechową i po paru minutach udało nam się uzyskać powrót spontanicznego krążenia, czyli podstawowych funkcji życiowych. Przetransportowaliśmy chorego do szpitala, gdzie miał wykony pilny zabieg angioplastyki wieńcowej z powodu rozległego zawału serca. Pacjent po około 2 tygodniach wyszedł ze szpitala o własnych siłach. Podobnych przypadków było znacznie więcej. To bardzo duża satysfakcja. Takie momenty utwierdzają mnie w tym, by nadal to robić. Niezwykle ważne jest, abyśmy wszyscy byli przeszkoleni w udzielaniu pierwszej pomocy. Wystarczy jedna chwila, nagle możemy pomóc i kogoś uratować.

Jak często jeździ Pan karetką?

Bardzo różnie. Obecnie ze względu na wiele obowiązków trochę mniej niż kiedyś, ale staram się przynajmniej dwa razy w miesiącu. Jestem lekarzem Państwowego Systemu Ratownictwa Medycznego, ale pełnię również dyżury w karetkach specjalistycznych w CM Enel-Med.

Jakie są różnice między pracą w tych dwóch systemach?

- W mieście zdarzają się np. wypadki samochodowe, do których karetka Enel-Medu - ze względu na czas dojazdu - nie może być zadysponowana. Państwowe pogotowie ma rozlokowane karetki w każdej dzielnicy, dlatego czas dojazdu karetki systemu ratownictwa medycznego jest znacznie szybszy. W sytuacjach, gdy czas jest niezwykle ważny, wysyłana jest karetka państwowa w tzw. kodzie 1. Z kolei w przypadkach, gdy ten czas może być nieco dłuższy, np. u pacjenta z dolegliwościami bólowymi grzbietu czy jamy brzusznej, może do niego dojechać karetka CM Enel-Med. Oczywiście ostateczną decyzję podejmuje dyspozytor medyczny Pierwszej Linii Medycznej po zebraniu wywiadu od pacjenta. Oprócz tego nasze karetki świadczą również transporty międzyszpitalne.

Na czym polega transport międzyszpitalny?

Jest to ciekawe, bo karetka Państwowego Systemu Ratownictwa Medycznego może przyjechać do domu chorego lub na ulicę, ale nie może pojechać do szpitala. W związku z tym szpitale mają podpisane umowy z firmami świadczącymi usługi transportu międzyszpitalnego, m.in. z Enel-Med. Czasami transporty są znacznie dłuższe, dotyczą bardzo ciężko chorych pacjentów np. po zatrzymaniu krążenia czy w głębokiej śpiączce i wymagają od zespołu (lekarza i ratowników medycznych) najwyższego profesjonalizmu.

Mówi Pan o zespole – ile osób wchodzi w skład karetki?

Chciałbym podkreślić rolę zespołu – sam lekarz czy ratownik działający w pojedynkę nie mogliby wiele zdziałać. W karetce pogotowia, tak jak np. w orkiestrze, zgrany zespół to podstawa – musi on rozumieć się bez słów, by wspólnie osiągnąć cel, jakim jest pomoc choremu. Dopiero wtedy, gdy poszczególne elementy działają, całość funkcjonuje prawidłowo. W zespole specjalistycznym (karetka „S”) są zawsze trzy osoby – jeden lekarz i dwóch ratowników medycznych bądź też pielęgniarze systemu ratownictwa medycznego. Kierowca najczęściej jest jednocześnie ratownikiem medycznym. Trzy osoby to minimum do przeprowadzenia pełnej resuscytacji krążeniowo-oddechowej.

Ma Pan dość zróżnicowane zajęcia – dlaczego?

Różnorodność zajęć pozwala mi na holistyczne podejście do pacjenta i pomoc zarówno w stanach bezpośredniego zagrożenia zdrowia i życia, jak i w schorzeniach przewlekłych, eliminując odległe powikłania. Daje mi to ogromną satysfakcję.